sobota, 13 stycznia 2018

Kawa, projekt, kawa

Wstałam rano, zrobiłam kawę.
Piję ją.
Czy to nie piękne? W końcu mam czas dla siebie, żeby wypić ogromny kubek nektaru przeglądając soszal midia nie używając jednocześnie mózgu. Żyć, nie umierać.

 


         Już pierwszy łyk kawy przypomniał mi, że w wolnej chwili miałam coś tu wyskrobać, bo od kilku miesięcy zawiewa pustką. Nie pozostawiłam pisania z własnej woli. Aktualnie nie pozwala mi na to czas, a wcześniej przeszkodą było parę problemów, przez które kompletnie nie miałam głowy do skrobania literek. Nie pisze tego, abyście mi wybaczyli, czy coś, bo nie sądzę, że jest jakieś "wy", które czekałoby na kolejny post ...to chyba przed sobą samą się tłumaczę. Bo przed kim, jak nie przed szefem? Nie obiecuję też, że będę pisać regularnie, bo zbliżają się... trudne czasy.

         No właśnie. Zbliża się nasza ukochana, długo oczekiwana przez tysiące studentów (superśmiesznyżarcik 2018 część III), sesja. Większość z nas już przyznała się przed samym sobą do tego, że tym razem również plan "systematycznej nauki", czy jak to się tam nazywa - nie wypalił. Znów. Pozostali łudzą się, że kolejny semestr będzie inny. No, no, tak, mhm, na pewno.

         Mam dość bliską mi koleżankę, która w tym roku rozpoczęła studia. Gdy rozmawiałam z nią w październiku, biedna, niczego nieświadoma powiedziała do mnie słowa "hehe, ale te żarciki o sesji i studiach są takie zabawne, przecież to nie może być takie straszne, hehe". No, to się dziewczyna zdziwi.

         Nie rozpisując się, bo mam do napisania jeszcze dwie prace na kilka stron i wypadałoby iść do sklepu w celu uzupełnienia zapasu kawy - życzę wszystkim studentom zdanej sesji, a jak ktoś tak wysoko nie aspiruje, to żeby chociaż został do niej dopuszczony (to już pół problemu z głowy! prawie...), pieniędzy na ksero i długopisy, jak najwięcej notatek i cyferek powyżej 3 w USOSie. No, i powodzenia w uczeniu się, o ile zamierzacie to w ogóle robić.

         Czerpcie jak najwięcej z życia, nawet jeżeli wygląda ono tak jak moje, czyli kawa, nauka, kawa, praca, kawa, sprawozdanie, kawa, projekt, kawa, kolokwium, kawa. Nic nie trwa wiecznie. Ani sesja, ani zdrowy żołądek.
         Powodzenia!

sobota, 4 listopada 2017

20 lat później

Niedawno miałam dwudzieste urodziny.
Bardzo nieoczekiwane, dwudzieste urodziny.


      Życie to nie bajka (chociaż momentami można nad tym polemizować - na przykład, gdy mój kot zdaje się dostać supermocy i zaczyna latać po całym pokoju), więc nie spodziewałam się wielkiego BOOM i natychmiastowej zmiany trybu życia, dodatkowych problemów, poczucia obowiązku założenia rodziny, stabilizacji i tego co nazywają dorosłością, czy jakoś tak. No, ale przyznam się, że gdzieś tam obok mojej pięknej rozczochranej przewijała się myśl, że chyba coś tam się jednak zmienić musi.
     Nigdy nie byłam osobą, która czeka, aż będzie dorosła. Trochę, można powiedzieć, że mnie to interesowało, a już w szczególności gdy słyszałam słynne "zrozumiesz jak będziesz starsza". Spodziewałam się po latach przy powrocie do tematu jakichś cennych informacji, fajerwerków i jakiegoś wowowo oświecenia i przyznaję z przykrością, że się zawiodłam.
     Nie czekałam osiemnastych urodzin. Ba, ja nawet ich nie chciałam. Nie ciągnęło mnie do dorosłości, do prawa jazdy - którego z resztą nie mam nadal - ani do alkoholu (albo raczej pozwolenia na jego spożywanie, chyba się rozumiemy). Tak więc dnia 29 piździernika zbudziłam się z zażenowaniem, że ten dzień jednak nadszedł. I to był ten pierwszy etap, w którym tak bardzo bałam się, że nadejdzie koniec pajacowania i robienia z siebie durnia przed wszystkimi w ramach hobby, gadania głupot przy każdej możliwej okazji i czerpania z tego niesamowitej przyjemności.
     Okazało się być to błędem, bo nic się tego dnia nie zmieniło, poza częstszymi propozycjami alkoholizacji i maltretowania przez dziadka, by zrobić prawo jazdy. Kawa smakowała tak samo, a ja co ranek siedziałam sobie rano na spokojnie siorbiąc ją, bez większych zmartwień, czy poczucia obowiązku przygotowując się na nowy dzień robienia z siebie hobbystycznie wrednego, przesiąkniętego ironią dzieciaka, który średnio raz na 6 minut rzuci jakimś głupim tekstem.
   
     Tylko, że... parę dni temu wbiłam level wyżej - przekroczyłam lat dwadzieścia. Do godziny 23.59 spodziewałam się, że jednak spadnie na mnie meteoryt, albo coś podobnego i nie dożyję tej chwili. Jednak nadszedł i ten moment, w którym trzeba odłożyć różowy długopis w kaczuszki i i wziąć w dłoń pióro. Należy pożegnać się z selfie, na którym zawszę marszczę mój piękny (hehe) nosek i skupić się na tym, by wyglądać dobrze na zdjęciu do CV. Trzeba myśleć o przyszłości, o karierze i rodzinie, a nie o wychodzeniu z koleżankami. Powinno się spoważnieć, zacząć myśleć (nie, żebym wcześniej tego nie robiła), no i zająć się tym, co jest naprawdę ważne.


Żartowałam. Nic się nie zmieniło.
Dziadek nadal nalega, bym zrobiła prawo jazdy, ale dzielnie z nim walczę.
A motyw z różowym długopisem w kaczuszki jest zmyślony, ale muszę sobie taki kupić.
Pozdrawiam znad kubka kawy.

I zapraszam na mojego instagrama: julia.mickiewicz 📷😋