niedziela, 8 października 2017

Jak nie wylądować pod mostem?

     Lat mam prawie dwadzieścia (prawie! jeszcze mam -naście!), co automatycznie skreśla, a nawet raczej nie wpisuje mnie na listę osób mających jakieś tam większe pojęcie w tematyce porażek i sukcesów w karierze, czy w rozwoju zawodowym. Żyję jednak na tym świecie, co samo przez się świadczy o tym, że jakoś w tym naszym społeczeństwie niestety, czy stety, funkcjonuję. Idąc dalej tym tropem - poznaję ten świat. Poznaję ludzi. Rozmawiam z nimi i poznaję historie ich, ich znajomych, czy ich rodzin. Do tego jako osoba, hm, "dorosła" i w dużym stopniu dojrzała (infantylna? ja? a wee pseeestań, hyhyhy), jakieś tam pojęcie o świecie mam i istnieją tematy, o których wykreować zdanie mogę jako tako samodzielnie, bez narzucania mi czyichkolwiek poglądów. Tak więc jedynie to stanowi fundamenty tego postu.
     Czytasz go na własną odpowiedzialność, ponieważ nie jest to zdanie eksperta. Ostrzegam, bo w naszym wysoce inteligientnym środowisku (naprawdę nie wiem skąd we mnie tyle jadu), a przynajmniej w jego części istnieje przekonanie, że jest to wystarczający powód, by tego zdania nie wyrażać. No dramat, no. Drrramat.

Skrajności.

      Zosia poszła do liceum. Nie interesuje ją technikum, ponieważ Zosia i tak idzie na studia i to one zapewnią jej przyszłość, a nie jakiś tam zawód ze szkoły średniej. Zosia jest pewna swego i dziwi się, że jej kolega Maciek wybrał zawodówkę.

      Maciek poszedł do zawodówki. Nie interesuje go liceum, ponieważ podstawową drogą po tej szkole średniej są studia, które nie zapewnią Maćkowi szybkiej stabilizacji finansowej. Maciek jest pewny swego i dziwi się, że jego koleżanka Zosia wybrała liceum.

     Oboje mają po około 16 lat. Są mniej więcej (bardziej jednak pochyliłabym się ku temu "mniej") zorientowani w tym, jak wyglądają studia, czy praca. Główna ich styczność ze środowiskiem pracowniczym, bądź studenckim jest poprzez rodziców, ewentualnie starsze rodzeństwo.
     Co więcej, uczniowie klasy maturalnej w liceum mają większe pojęcie na temat studiów - mają już wśród tej części społeczeństwa znajomych, przyjaciół, a do tego często są wprowadzani w nią przez wychowawcę. Ale! Nadal jest to niewiele, bo dopiero będąc na studiach dowiadujemy się, czym one tak naprawdę są. Wręcz powiedziałabym, że rozpoczynając studia dostajemy w mordę rzeczywistością, której się nie spodziewaliśmy. Poznajemy cały system tej edukacji, kulturę i zasady panujące na uczelni wyższej i przede wszystkim tok samorozwoju związanego z tym etapem. Chcę przez to powiedzieć, że chwilę przed rozpoczęciem życia studenckiego nie jest się jego świadomym, więc i tym mniej wie się o nim w momencie wyboru, czy się taki tok edukacji wybierze, czyli pod koniec gimnazjum, bądź obecnie - pod koniec podstawówki.

     W czym problem?

     Zosia i Maciek są pewnego rodzaju symboliką podziału społeczeństwa w opinii na temat wykształcenia. Jedna część uważa, że studia są aż niezbędne do wspinania się po szczeblach kariery i, że bez tego papierka nie uzyskamy pensji wyższej niż najniższa średnia krajowa. Druga strona stoi twardo mówiąc przy tym, że studia są całkowicie zbędne i bez nich można osiągnąć tyle samo, a nawet w szybszym czasie, nie tracąc dodatkowych lat na wykształcenie. Co ciekawe, jednocześnie obie strony widzą tę przeciwną niosącą CV do przykładowego McDonalda.


     Czas na pytanie podstawowe.
Kto ma rację?

     Żadne z powyżej wymienionych. Głównym błędem w takim toku myślenia (o ile ten proces można w ogóle nazwać myśleniem) jest założenie, że taki, a nie inny papier w naszej teczce utoruje nam drogę do sukcesu. Nu nu nu, to tak nie działa. Co prawda, szkoła zawodowa da nam tytuł zawodowy o kilka dobrych lat szybciej, niż studiowanie. Za to opcja z maturą i studenckim życiem w pakiecie da nam szerszą wiedzę w konkretnym temacie i jak sama nazwa mówi - wyższe wykształcenie. Nie ma jednak zasady mówiącej o tym, że któreś z tych szybciej lub łatwiej doprowadzi nas do wyznaczonego celu zawodowego, a, że tak to zgrabnie ujmę, prawdopodobieństwo wylądowania pod mostem obu stron jest zbliżone. Bardzo nawet, rzekłabym.

Od czego to więc zależy?

     Od tego, jacy jesteśmy. Mocne 60% sukcesu to nasza ambicja, 15% to kreatywność, a 25% to determinacja, która nie pozwoli tej naszej ambicji odejść. Co prawda, lekarzem bez szkoły wyższej nie zostaniemy, ale patrząc z drugiej strony - po szkole zawodowej, czy po technikum możemy od razu znaleźć porządniejszą pracę w zawodzie. Obie strony mają swoje plusy i minusy, ale pewne jest jedno - jeżeli Zosia nie będzie mieć odpowiednio silnej osobowości to i po studiach może być bezrobotna lub wylądować na kasie w biedronce, a Maciek bez ambicji po szkole zawodowej może być bezrobotny przez lata lub utkwić w jakiejś przypadkowej firmie rezygnując z samorozwoju. 
     W temacie można dalej spekulować odnośnie innych czynników takich jak pozycja społeczno-finansowa, bądź znajomości. Oba czynniki mogą znacznie ścieżkę ułatwić lub utrudnić, jednak nie są w stanie zamknąć nam drogi do celu - możemy zrobić to tylko My sami. Jedyną kwestią, której nie da się przeskoczyć jest nasza osobowość i siła charakteru. 

     Czasami wystarczy usiąść z kubkiem kawy i zastanowić się, co chcemy w tym życiu robić. Co sprawia nam przyjemność, lub co dobrze nam wychodzi. Pierwszy krok jest najtrudniejszy, ale to nie tłumaczy nas z tego, że go nie wykonujemy. Tak czy inaczej, o tym w jaki sposób dążyć do tego, co powinniśmy robić oraz jak to robić - innym razem.

wtorek, 3 października 2017

Dorotka.


Czas akcji: rok 2009, 5 klasa podstawówki
Miejsce akcji: szkoła podstawowa, lekcja angielskiego

     Znane dobrze nam wszystkim "wyciągamy karteczki" oczywiście sprawiło nam bardzo dużo radości. Nie był to początek roku, więc zeszyt był już w dużej części zapisany. Pani "pedagog" nauczyciel, która nie wiem z jakiej racji ten tytuł dostała - zażyczyła sobie, byśmy mieli zeszyty w  twardej okładce. Okej, spoko, bo przecież jaka różnica - w plecaku dziesięciolatka 5 kilo w tą, czy w tamtą? Daj spokój, Dorotka, luz. Nie przejmuj się, damy radę. Tak więc wertując zeszyt i próbując odnaleźć jego środek, by wyciągnąć wielce pożądaną karteczkę znajduję ostatnią ocalałą czystą sztukę. Nie wiem, czy macie pod ręką zeszyt z jaknajwiększąilościąkartek oraz w twardej okładce, ale jak nie to uwierzcie mi na słowo - odnalezienie jego (jednego z wielu) "środka" jest pierwszym z sukcesów. Wyrwanie tej kartki bez naruszenia jej struktury jest kolejnym. Że tak to ujmę, nie byłam dzieckiem najzdolniejszym manualnie i nawet w, ekhm, zwykłym zeszycie szansa na bezproblemowe wyrwanie kartki stanowiła około 40%.  Dodatkowo, niestety nie był to mój dzień i udała mi się tylko pierwsza część tej misji.

     Stało się jednak coś, co mnie uspokoiło - koleżanka siedząca dwie ławki obok wprost zapytała Dorotki, czy może być porwana kartka, bo innej nie ma, na co nasza królowa przez małe k odpowiedziała, że oczywiście, ponieważ najważniejsze jest to, co na tej kartce zostanie napisane. Spenetrowałam wzrokiem kartkę koleżanki i stwierdziłam, że moja jednak nie jest taka ostatnia i, że to chyba jednak nie ja jestem w tej klasie ta upośledzona manualnie. Odetchnęłam z ulgą.
     Nie pamiętam z czego była ta kartkówka, więc nie będę zmyślać, ale nie jest to wielce istotne dla tej historii. Dobra z angielskiego nie byłam, a nawet na tamten poziom i stosunkowo do reszty klasy szło mi po prostu słabo.

     Koniec pisania. Karteczki podajemy do przodu, po czym z pierwszego rzędu trafiają w ręce żmii. Stoi i je przegląda. Mówi moje nazwisko i pyta gdzie siedzę. Podnoszę rękę. Wymachuje moją kartkówką przed całą klasą mówiąc szyderczo, że to wstyd, by oddawać taką kartkę nauczycielowi. Śmieje się. Przy okazji wspomina o tym, że jestem w tej klasie najgorsza, jednocześnie ignorując to, jak wygląda wspomniana wcześniej kartka mojej koleżanki.

      O tym, że nie jest to wychowawcze i odpowiedzialne jak na pedagoga zachowanie wspominać chyba nie muszę. I nie opowiadam Wam tej historii byście mi współczuli, czy negowali tę właśnie nauczycielkę. Takich jest niestety wiele. Jest jednak kilka kwestii, których teraz, po latach jestem świadoma i to nimi chciałabym się z Wami podzielić.

     Nie umiałam angielskiego. To jest fakt, z którym nawet zwykły, a nie jedynie wybitnie zdolny nauczyciel pomógłby mi się uporać, zamiast wykorzystywać to do poniżenia ucznia. Co ciekawe, po tej sytuacji uparłam się i postanowiłam nauczyć się tego przedmiotu. Mój poziom stawał się coraz wyższy, a od początku gimnazjum szłam już równo z programem. W klasie w liceum byłam jedną z najlepszych, obrałam rozszerzenie z tego przedmiotu, brałam udział w ogólnopolskim konkursie z angielskiego, z pisemnej matury miałam jeden z najlepszych wyników w szkole, a z ustnej najlepszy w moim liceum. Nie chwalę się, bo nie ma w tym nic wybitnego - każdy z nas jest w czymś naprawdę dobry, a w czymś naprawdę zły. Co chcę przez to powiedzieć? Że moje umiejętności z tego języka zaczęły zmieniać się razem ze zmianą nauczycielki - sami więc oceńcie, kto i w czym był zły. Czy ja w angielskim, czy Dorotka w nauczaniu.

     Jednak nie to boli mnie najbardziej.

     Studiuję pedagogikę. Właśnie zaczynam drugi rok, a już jestem świadoma tego, jaki wpływ na dziecko ma nauczyciel. Każdemu z nas tłumaczone i powtarzane jest to, że w żadnym wypadku nie wolno wykorzystywać wiedzy pedagogicznej do instrumentalnego traktowania innych ludzi. Przekazują nam wiedzę na temat teorii i metod nauczania, kwestii prawnych, czy politycznych edukacji oraz czysto systemowych. Jednak to nie wszystko. Przekazywana jest nam również szeroka wiedza w tematyce psychologii oraz jej subdyscyplin mówiących bezpośrednio o ludzkiej psychice. Po tych zajęciach jesteśmy w posiadaniu wiedzy, która daje nam ogromne pole do manipulacji psychiką drugiej osoby - szczególnie młodej. Wpajane jest nam, że nie wolno drugiego człowieka krzywdzić, poniżać, faworyzować na tle grupy. Jesteśmy rzetelnie przygotowywani do pracy z dziećmi - z bezbronnymi, nieświadomymi jeszcze nawet w pełni zasad moralnych, małymi ludźmi. Jesteśmy uświadamiani, że jako nauczyciel będziemy odpowiedzialni w ogromnym stopniu za wychowanie, poglądy, czy postawy tych młodych osób, a przede wszystkim, w naszych rękach znajdzie się ich psychika oraz samopoczucie.
   
     Takich "Dorotek" jest wiele. Nie jest to na pewno większość nauczycieli, ale jednak wielu z nas doświadczyło bądź co najmniej było świadkiem sytuacji podobnej do opisanej powyżej. Zastanawia mnie to, ile osób siedzących wokół mnie na wykładzie znajduje się na tym kierunku z przypadku zaniżając prestiż tego zawodu, a ile z pasji, czy powołania. Nie potrafię zrozumieć, co tamtą nauczycielką wtedy kierowało, ale przeraża mnie to, że miała świadomość jak bardzo taka sytuacja może wpłynąć na dziecko, wręcz może je psychicznie zniszczyć. Martwi mnie, ile osób mogła traktować w trakcie swojej kariery tak, jak wtedy mnie. Boli mnie, że ta kobieta nadal pracuje w tym zawodzie mając w swoich nieodpowiedzialnych rękach charaktery i pewność siebie tylu młodych osób. Co więcej, istnieje prawdopodobieństwo, że gdy skończę studia i rozpocznę pracę w placówce przedszkola bądź szkoły, jej wnuk, czy wnuczka znajdzie się pod moją opieką. I wiecie co wtedy? Zajmę się tym dzieckiem tak, jak swoim. Z miłością, zrozumieniem i troską. Tak jak każdym innym. Ostatnią rzeczą, o której mogłabym pomyśleć jest sprawienie temu maleństwu krzywdy.

     W pewien sposób Dorotka przyczyniła się do mojej decyzji o podjęciu się studiów pedagogicznych. Ogromną motywacją dla mnie jest zbiór moich doświadczeń tego właśnie typu, których niestety jest więcej. Świata nie zmienię, ale chcę zmienić świat choć dla tej grupy trzydziestu maleństw w ciągu roku - chcę dać im poczucie bezpieczeństwa, pewność siebie i pokazać ich własne możliwości. Chcę być dobrym nauczycielem, wychowawcą, opiekunem i psychologiem - czyli po prostu pedagogiem.

     Szkoła jest jak sala operacyjna, a różnica między nimi jest tylko jedna. To, że Twoje dziecko trafi na blat operacyjny, a jego życie będzie w rękach obcej Ci osoby jest możliwe. Jednak to, czy trafi ono do szkoły - jest pewne. Tam jednak lekarzem będzie nauczyciel, a organizmem Twojego małego szczęścia będzie jego charakter, pewność siebie, poczucie bezpieczeństwa i zdrowie psychiczne.