sobota, 4 listopada 2017

20 lat później

Niedawno miałam dwudzieste urodziny.
Bardzo nieoczekiwane, dwudzieste urodziny.


      Życie to nie bajka (chociaż momentami można nad tym polemizować - na przykład, gdy mój kot zdaje się dostać supermocy i zaczyna latać po całym pokoju), więc nie spodziewałam się wielkiego BOOM i natychmiastowej zmiany trybu życia, dodatkowych problemów, poczucia obowiązku założenia rodziny, stabilizacji i tego co nazywają dorosłością, czy jakoś tak. No, ale przyznam się, że gdzieś tam obok mojej pięknej rozczochranej przewijała się myśl, że chyba coś tam się jednak zmienić musi.
     Nigdy nie byłam osobą, która czeka, aż będzie dorosła. Trochę, można powiedzieć, że mnie to interesowało, a już w szczególności gdy słyszałam słynne "zrozumiesz jak będziesz starsza". Spodziewałam się po latach przy powrocie do tematu jakichś cennych informacji, fajerwerków i jakiegoś wowowo oświecenia i przyznaję z przykrością, że się zawiodłam.
     Nie czekałam osiemnastych urodzin. Ba, ja nawet ich nie chciałam. Nie ciągnęło mnie do dorosłości, do prawa jazdy - którego z resztą nie mam nadal - ani do alkoholu (albo raczej pozwolenia na jego spożywanie, chyba się rozumiemy). Tak więc dnia 29 piździernika zbudziłam się z zażenowaniem, że ten dzień jednak nadszedł. I to był ten pierwszy etap, w którym tak bardzo bałam się, że nadejdzie koniec pajacowania i robienia z siebie durnia przed wszystkimi w ramach hobby, gadania głupot przy każdej możliwej okazji i czerpania z tego niesamowitej przyjemności.
     Okazało się być to błędem, bo nic się tego dnia nie zmieniło, poza częstszymi propozycjami alkoholizacji i maltretowania przez dziadka, by zrobić prawo jazdy. Kawa smakowała tak samo, a ja co ranek siedziałam sobie rano na spokojnie siorbiąc ją, bez większych zmartwień, czy poczucia obowiązku przygotowując się na nowy dzień robienia z siebie hobbystycznie wrednego, przesiąkniętego ironią dzieciaka, który średnio raz na 6 minut rzuci jakimś głupim tekstem.
   
     Tylko, że... parę dni temu wbiłam level wyżej - przekroczyłam lat dwadzieścia. Do godziny 23.59 spodziewałam się, że jednak spadnie na mnie meteoryt, albo coś podobnego i nie dożyję tej chwili. Jednak nadszedł i ten moment, w którym trzeba odłożyć różowy długopis w kaczuszki i i wziąć w dłoń pióro. Należy pożegnać się z selfie, na którym zawszę marszczę mój piękny (hehe) nosek i skupić się na tym, by wyglądać dobrze na zdjęciu do CV. Trzeba myśleć o przyszłości, o karierze i rodzinie, a nie o wychodzeniu z koleżankami. Powinno się spoważnieć, zacząć myśleć (nie, żebym wcześniej tego nie robiła), no i zająć się tym, co jest naprawdę ważne.


Żartowałam. Nic się nie zmieniło.
Dziadek nadal nalega, bym zrobiła prawo jazdy, ale dzielnie z nim walczę.
A motyw z różowym długopisem w kaczuszki jest zmyślony, ale muszę sobie taki kupić.
Pozdrawiam znad kubka kawy.

I zapraszam na mojego instagrama: julia.mickiewicz 📷😋

czwartek, 26 października 2017

Droga do sukcesu

     W ciągu ostatniego tygodnia podchodziłam już do wielu różnych tematów, które chciałam rozwinąć po mojemu i opublikować, jednak żaden z nich nie usatysfakcjonował mnie wystarczająco (chciałam napisać "w pełni", no ale nie rozpędzajmy się, co nie). Tak więc jeżeli to czytasz to ja pewnie mam ogromną ulgę po tej kilku dniowej i krwawej jak stek na grillu u cioci walce z samą sobą.

     No i naszedł ten moment, w którym opisać postanowiłam niezwykle optymistyczny wątek z życia każdego z nas, czyli: 

O TYM, CO NAM UTRUDNIA DROGĘ DO SUKCESU

(nie mam uwiecznionej mojej "małej" udającej chleb, więc wstawiam zdjęcie z gógla, sry)


     1. Żołądek. Twój własny, nieodłączny towarzysz (daj Boże) całego życia czasami bierze z Ciebie przykład i po prostu odmawia współpracy. Nie chce mu się, tak po prostu, a Ty nie możesz nic z tym zrobić. Twój ukochany spełnia Twoją zachciankę i przynosi Ci kebaba, najmniejszego, z łagodnym sosem, więc wydaje się, że będzie bezinwazyjnie, a tu beeeng! Cztery godziny z życia wyjęte, bo jeden z Twoich organów, który teraz przydałby się bardziej niż mózg (w którego, jak zakładam, moi czytelnicy są posiadaniu) - postanowił zastrajkować. Nie interesuje go mięta wlewana w niego litrami, tabletki czy jakiekolwiek wspomagacze, prośby, błagania - nic. Brakuje jedynie transparentu z napisem "pierdolę, nie trawię". Ewidentnie całym sobą odczuwasz tego focha i stwierdzasz, że jest on płci żeńskiej w dodatku z feministycznymi poglądami. W takich momentach zdajemy sobie sprawę z tego, że może nie robi tego bezpodstawnie. Być może kiedyś go skrzywdziliśmy, a może nawet robimy to regularnie? Pizze, alkoholizacje, cola, pikantne sosy, wigilia 2 razy w miesiącu. Ledwo się ruszasz. Zaczynasz rozumieć. Zaczynasz żałować. Jednak teraz to i tak jest już bez znaczenia. Pozostaje jedynie cierpliwe czekanie i modlitwa.

     2. Łóżko (tapczan, kanapa, wersalka bądź inne służące do wyciągnięcia naszych dwóch dolnych kopytek oraz ułożenia ciała w poziomie). Ufamy mu bezgranicznie wierząc w to, że chce jedynie naszego dobra. Podczas nocy daje nam ciepło, spokój i wygodę. Trzyma nas przy sobie tak bardzo jak tylko potrafi i jednocześnie sprawia, że nie chcemy z niego wyjść... no właśnie. Wypoczynek wypoczynkiem, ale zastanawialiście się, dlaczego się tak dzieje? Czy ta siła przyciągania nie wydaje się Wam... podejrzana? Nierzadko słyszy się o przyjaźniach, które po czasie okazują się być muśnięte nutką fałszu. Tak więc (UWAGA! ZAGROŻENIE ZMIANĄ ŚWIATOPOGLĄDU) i ta przyjaźń niezwykle bliska dla każdego z nas jest ukierunkowana jednostronnie. Twojego łóżka nie interesuje to, że masz do pracy, czy na uczelnię i, że musisz się wyspać, by tam poprawnie funkcjonować. Ty masz spać, by spędzać z nim czas. Gdy wstajesz nie bez powodu nie przychodzi Ci to łatwo - wpadłeś w jego szpony w postaci cieplusiej kołderki i to nie takie proste, by się z nich wydostać. Nawet, jeśli Ci się to uda, będziesz słyszeć te szepty "no chodź, połóż się, wiem, że chcesz". Pamiętaj, że nie możesz temu ulec. Nie możesz się poddać. Jesteś od niego silniejszy. Dasz radę, tylko musisz sam w siebie uwierzyć. daje Ci się i (z trudem, ale ćsiii) przekraczasz próg swojego domu, a ono nadal jest w Twoich myślach i tak do samego powrotu. To samo, dzień w dzień. Tam grawitacja działa mocniej, a mózg słabiej i nikt mi nie wmówi, że to normalne.

     3. Udawanie chleba. Mała (choć jak wiemy - jest to pojęcie względne, gdyż takie "małe" może być nawet 12-kilogramowe), chodząca na 4 łapkach kulka sierści, przeważnie miła w dotyku. Warto zaznaczyć, że nie w każdym przypadku da się to sprawdzić, bo nie każda z tych kulek da się dotknąć i pomiziać. Kulka z tyłu zakończona ogonem służącym do utrzymywania równowagi przez kulkę, wyrażania irytacji oraz łaskotania swego podwładnego po nosie, gdy próbuje zasnąć. Jedni kochają, inni nienawidzą - ja zaliczam się do tych pierwszych mając w posiadaniu czarną (choć siwiejącą) kępkę sierści - nieco więcej o niej w tym poście. Ci co również są w posiadaniu już wiedzą, o czym napiszę. Otóż istnieje takie zjawisko, jak "udawanie chleba". Jest to spoczywanie w pozycji bliżej nie określonej w miejscu również bliżej nieokreślonym - od karniszy, przez pudełka, po laptopy. Z własnych obserwacji dodam, że największa częstotliwość tego zjawiska objawia się w lokalizacjach ciepłych oraz mało wygodnych. W czym jednak problem? Otóż, gdy mamy do napisania artykuł, esej, rozprawkę, bądź pracę magisterską - prawdopodobieństwo wymuszania przez sierściucha udawania chleba w miejscu naszej pracy (na przykład, właśnie, na laptopie) zwiększa się o 75%. Co więcej, zdarzają się przypadki, że nasza (ona nasza, czy my jej?) pociecha ma ogromną oraz niewymagającą wyjaśnienia potrzebę, byśmy to my w tym momencie stali się lokalizacją tego zjawiska. Nie jest istotne, czy  jemy, chcemy wstać, mamy wychodzić, czy mamy na sobie bardzo drogą białą suknię ślubną i zaraz mamy swój ślub. Niezależnie od sytuacji - musimy się dostosować. Są w życiu rzeczy, których się nie przeskoczy. Poza tym - sami zdecydowaliśmy się zostać niewolnikami, więc teraz już nie czas na dyskusję.

Na razie tyle.
Nie dajcie się im.
Pozdro z łóżka.